Wczoraj zostałam sama w domu. Uściślając wróciłam do niego po męczącym tygodniu w krakowskiej bursie i mojej nowej szkole, a moja rodzina, o ironio, wyjechała sobie właśnie do Krakowa na imprezę. Ale nie narzekałam. Udało mi się dostać do internetu, bo w bursie go po prostu nie ma. To znaczy jest, ale nie do użytku prywatnego. Chwilę pogadałam ze świrami na skypie zajadając się płatkami z mlekiem. Zagadało do mnie też paru znajomych na Facebook'u. Tak się składa, że z większością osób, które mam w znajomych mogę dogadać się tylko po angielsku więc szlifuję sobie język. Tak okazjonalnie. Skończyło się na tym, że spędziłam całą noc na Chatroulette trafiając (jak to na chatroulette) głównie na niewyżyte seksualnie indywidua. Pod sam koniec (3 nad ranem), kiedy już traciłam nadzieję, na ekranie pojawiło się trzech przemiłych chłopaków. Wszyscy mocno podchmieleni, a jeden z nich uparł się, że chce mi zagrać na gitarze. Zagrał i... zaśpiewał, ale jak! Szczęka opadła mi do samej ziemi, bo właśnie słuchałam godnego następcy Jamesa Blanta. W zasadzie chłopak był nawet lepszy od niego. Zaśpiewał i zagrał jedną swoją piosenkę, parę Coldplay, Stairway to Heaven i genialny mix różnorodnych piosenek, które genialnie podkreślały jego anielski wręcz głos. Mało tego gość do złudzenia przypominał DJ'a Ashbę- obecnego gitarzystę prowadzącego zespołu Guns n' Roses. Nie zasnęłam tej nocy. Piszę tę notkę nie przespawszy nawet 30 minut, gdyż pan Geniusz imieniem Damien postanowił się ode mnie nie odczepić, a także wyznać mi swą miłość po czym samemu pójść spać około godziny 9 rano.
Po rozmowach z takimi ludźmi mogę śmiało stwierdzić, że kocham Chatroulette. Niestety takie osobistości nie zdarzają się często. Mogę jedynie powiedzieć, żebyście dawali każdemu szansę zanim wciśniecie "NEXT" chyba, że jest to Niemiec, Rusek albo Turek. ;)
Życzę wam miłego dnia. Jeśli coś jeszcze napiszę to zapewne w przyszły weekend. Wracam do bursy.